Intro Artykuły ORP Błyskawica Ekspozycje Modele Literatura Galeria Quiz Linki Forum

Z MARYNARSKICH WSPOMNIEŃ - Józef Miłobędzki

Pięć polskich statków handlowych przemierzało Morze Północne z Bergen w Norwegii do Methil w Szkocji pod eskortą niszczycieli brytyjskich. Jesień 1939 roku była pogodna, a załogom humory raczej dopisywały.

— Świetnie, że wojna wybuchła — powiedział III oficer Domania. — Nie będę musiał prowadzić ksiąg inwentarza. I z ogromną ulgą wyrzucił za burtę księgi inwentarzowe i materiałowe, których prowadzenie zlecił mu I oficer, co było dla Domani katorgą najstraszliwszą, jaką sobie można wyobrazić.

— Zanim damy Niemcom łupnia, trzeba się zapisać do wojska — mówili płynący na tych statkach uczniowie Szkoły Morskiej, którzy pozostawili w Szwecji “Dar Pomorza". — To wszystko potrwa jeszcze ze trzy tygodnie, najwyżej trzy miesiące, zanim Francuzi się ruszą. Żebyśmy tylko zdążyli do Sikorskiego, bo wstyd byłby, gdyby bez nas wojnę wygrał.

Nie zepsuło dobrych humorów bombardowanie konwoju koło Firth of Forth w pobliżu Methilu. Tylko bryzgi wody pokropiły nas trochę, unoszone wiatrem, ze słupów wody wznoszących się w miejscach, gdzie spadały bomby. Coś jakby chrzest bojowy morski.

W Szkocji pożegnaliśmy kapitana "Kota" Kowalskiego i starszego oficera Karola Borchardta i rozjechaliśmy się, dokąd kto chciał: niektórzy do Cotquidan we Francji, do wojska, inni do Marynarki Wojennej, a paru zostało w Marynarce Handlowej twierdząc, że taki sam honor wracać do Polski na czołgu, czy okręcie wojennym, jak na statku handlowym. W gruncie rzeczy mieli rację.

Byłem wśród tych, którzy wybrali Marynarkę Wojenną. Zebraliśmy się na s/s "Kościuszko", zakotwiczonym na rzece Dart w południowej Anglii. Przeszedł on potem do Devonport koło Plymouth i stanął na beczkach jako okręt-baza Polskiej Marynarki Wojennej, przemianowany na ORP "Gdynia". Zebrał nas tam komandor Borejko i mówi:

— Porozdzielamy was na różne okręty, dla wszystkich starczy miejsca, bo parę okrętów dostajemy od Anglików. Wszyscy dostaną przydziały, z wyjątkiem tych, którzy nie mają jeszcze lat osiemnastu. Ci pójdą do rodzin angielskich, na zasadzie przybranych synów, i mogą zgłosić się ponownie, gdy skończą lat osiemnaście. Tak chcą Anglicy.

Wśród uczniów najmłodszego rocznika zawrzało. Niewielu z nas miało już osiemnaście lat. Tuż przed wojną wstępowało się do Szkoły Morskiej po "małej maturze", a dużą maturę zdawało się w Szkole. Trzech z nas — ja, Kopeć i Gąsiorowski — nie miało nawet skończonych lat siedemnastu. Zrobiliśmy więc krótką naradę.

— Chętnie bym został przybranym synem, szczególnie jeśli bym miał ładną siostrę — powiedział Gąsior. — Ale mi wstyd kolegów, co do Gdyni wrócą na okręcie.

Gąsiorowski był najniższy i najszczuplejszy z nas wszystkich, starsi uczniowie na "Darze" dokuczali mu, twierdząc, że jest największą ofermą na statku. Więc teraz Gąsior za nic nie zostałby przy tej rodzinie angielskiej. Chciał udowodnić, że nie jest ofermą.

Jedynymi dowodami tożsamości, jakie mieliśmy wówczas, były książeczki żeglarskie, które zabraliśmy z "Daru Pomorza". Więc gdy komandor Borejko wzywał nas po kolei, by spisać dla każdego coś w rodzaju ankiety personalnej, na zapytanie:

— Ile ma uczeń lat? — otrzymywał niezmienną odpowiedź: — Skończone osiemnaście! — Chyba, że ktoś miał naprawdę więcej, jak na przykład Stefan Dzindziel, czy Karol Orkisz, co to mieli już po lat dwadzieścia jeden.

— Pokażcie książeczkę żeglarską! — nie chciał uwierzyć Gąsiorowi Borejko. — Coś mi się nie widzi, żebyście mieli osiemnaście lat. Sprawdzimy w książeczce.

— Kiedy mi zginęła podczas bombardowania w Firth of Forth.

— Przecież żaden statek nie został trafiony?

— Ale był duży plusk, woda ją zalała, wleciała do morza. Kolega zaświadczy.

I w ten sposób skierowano nas na okręty. Gasiorowski i Kopeć dostali przydział na "Groma", ja na "Błyskawicę".

Jak wiadomo, "Błyskawica" była szczęśliwsza niż "Grom" i wróciła po wojnie do Polski. Byłem na niej zresztą tylko niespełna trzy lata. W jesieni 1942 roku wysłano mnie na kilkumiesięczny kurs nawigacyjny do Southampton, a potem wróciłem do Marynarki Handlowej. Na "Morskiej Woli" w 1945 roku wróciłem do Gdyni.

Z perspektywy dwudziestu kilku lat widzę, że wiele pożytku to komandor Francki na "Błyskawicy" ze mnie nie miał. Do nieba marynarzy trafiłbym tylko w przypadku, gdyby liczyły się dobre intencje, nie czyny. A na morzu, niestety, czyny się liczą. Szczęścia za to miałem dużo. Sześć lat pływania podczas wojny prawie "non stop" zniosłem bez szwanku na ciele, choć nie twierdzę, że także na umyśle. Do charakteru Polaka pasują bardziej pojedyncze wspaniałe zrywy, niż straszliwa monotonia konwojów i nurtujące z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień i z miesiąca na miesiąc pytanie: — kto tej nocy będzie następny, a kto ją przetrwa?

O ileż to było jednak lepsze niż niewola, a tym bardziej obóz koncentracyjny. Niemców widywałem tylko w jednej postaci: jako jeńców wojennych.

No więc, nie było mi sądzone w morzu się topić, choć topiących się kilka razy z wody przyszło mi wyciągać. Nawet poczęto twierdzić, że to ja przynoszę szczęście, w co chętnie też uwierzyłem. Ta myśl była mi bardzo wygodna, chroniła od załamania się. Kiedyś w porcie Cowes nisko lecący samolot niemiecki rzucił bombę, która przewróciła maszt "Błyskawicy" i odłamki jej przebiły na wylot budkę RDF (Range and Direction Finding — prototyp radaru). Odbyło to się bez żadnego alarmu, w zaskoczeniu, wczesnym rankiem. A ja akurat przed chwilą wyszedłem z tej budki za szalupę, za małą potrzebą. I widzę jak koledzy wyciągają mój półpłaszcz z rozbitej budki i słyszę, jak mówią:

— No, dostało mu się, choć miał niby takie szczęście. — A jeden dodał: — A jeszcze do tego funta był mi winien, i już go nie dostanę z powrotem.

Więc ja na to wychodzę zza szalupy:

— Nie dostało mi się, a winien jestem piętnaście szylingów, nie funta!

Ale nie to właściwie chcę opisać, co się ze mną działo, tylko to co z tymi dwoma kolegami z "Groma". Udało im się ten przydział dostać, nie chcieli tych zaprosin do angielskich rodzin przyjąć, bo byłoby im kolegów wstyd. Wkrótce potem pod Narvikiem "Grom" został trafiony bombą przez samolot niemiecki z dużej wysokości. Gdy zatonął, wśród uratowanych znalazł się Kopeć. Dziób "Groma" wznosił się wysoko nad wodami Rombakenfjord, a potem powoli zaczął się zanurzać. Pływający wokół marynarze starali się oddalić jak najbardziej od tonącego okrętu, by uniknąć wielkiego wiru, wciągającego wszystka co pływało pod wodę. Ale nie wszyscy mieli pasy nadymane, jakich używano wówczas w naszej Marynarce Wojennej. Taki porucznik Żelazny, który nie zdążył zabrać pasa, utrzymywał się na powierzchni resztkami sił, wspomagany przez szczęśliwszych kolegów.

Kopeć pływając w lodowatej wodzie dla rozgrzewki śpiewał, wydzierał się jak mógł, póki go z wody nie wyciągnięto. Nic w tym dziwnego, wielu tak robiło, śpiewanie podobno jakoś pobudza do działania przysadkę mózgową i człowiek nie czuje strachu. Powtarzam to na odpowiedzialność tych, co się topili po kilka razy, a takich z naszego rocznika jest paru, jak na przykład Tadeusz Lewandowski, obecnie kapitan w PŻM.

Tego Tadeusza Lewandawskiego to znowu poparzyły meduzy, gdy topił się koło Malty wraz z "Kujawiakiem", a nie zdążył się przedtem ubrać. — Później inni rozbitkowie co wieczór w La Valetta na tańce chodzili — opowiadał — a ja, niestety, tylko d..ę maścią smarowałem.

No więc jeszcze muszę dokończyć, co się stało z Gąsiorem na "Gromie". Bo Kopeć jest teraz kapitanem angielskiego statku w Palm Lines, tak jakoś się jego losy ułożyły.

— Captain Kopec (Anglicy wymawiają Kopek) jest człowiekiem twardej ręki i krótko trzyma swą załogę — taką kiedyś usłyszałem o nim opinię.

Gdy dziób "Groma" powoli zanurzał się w wodę, w kilku iluminatorach pomieszczenia "C" na dziobie ukazały się twarze marynarzy. Śródokręcie "Groma" było w wodzie, a przez mały iluminator człowiek się nie prze-ciśnie. Więc marynarze w po-mieszczeniu "C", choć cali, byli skazani na zagładę.

Gąsior wyglądał przez iluminator, gdy dziób powoli zapadał się w wodę. Są tacy, którzy twierdzą, że Gąsior coś mówił, coś jakby "Cześć", ale to nie wiadomo na pewno, bo odległość była duża, a woda szumiała.

Potem twarz Gąsiora zniknęła z iluminatora, a dziób zanurzał się wciąż bardzo powoli. Ale zanim iluminatory pogrążyły się w wodzie widziano jeszcze, jak jakaś ręka wyrzuca przez jeden z nich za burtę parę nadmuchiwanych pasów ratunkowych. W istocie — tym tam w pomieszczeniu "C" te pasy już nie były potrzebne, tych na zewnątrz, którzy nie mieli pasów, mogły jeszcze uratować.

Gdyśmy się o tym dowiedzieli-, już nigdy w rozmowach nie nazywaliśmy Gąsiora — ofermą. Gdyby żył, na pewno byłby dziś kapitanem "Transportowca" czy "Ziemi Szczecińskiej". Pozostało po nim dobre wspomnienie kolegów. To i tak dużo...

JÓZEF MIŁOBĘDZKI

Ps. Po zatonięciu "Groma", z częścią załogi zablokowaną w pomieszczeniu "C", Anglicy na każdym okręcie zainstalowali w pomieszczeniach załogowych po dwa wodoszczelne zamykane włazy, które łatwo można było odkręcać od wewnątrz, by wydostać się na zewnątrz tonącego okrętu.

 

<< poprzedni Artykuły z Morza nastepny >>