
| Intro | Artykuły | ORP Błyskawica | Ekspozycje | Modele | Literatura | Galeria | Quiz | Linki | Forum |
|
|
|||||||||
|
OSTATNIA TORPEDA |
|
Okręt podwodny TANG był w okresie II wojny światowej jedną z najsłynniejszych jednostek floty Stanów Zjednoczonych. Należał do serii ponad stu okrętów typu "Gato", miał 1525 ton wyporności nawodnej 2425 ton wyporności podwodnej zasięg 12000 mil morskich i uzbrojenie w postaci 10 wyrzutni torpedowych. Załoga liczyła ok. 85 ludzi. Oddany do służ-by w początkach 1944 roku zdołał w przeciągu 9 miesięcy zatopić blisko 1000000 ton nieprzyjacielskiego tonażu. Zginął 24 października 1944 roku w okolicznościach, które dopiero po wojnie zostały wyjaśnione. Okoliczności te były co najmniej niezwykłe... Wody Cieśniny Taiwańskiej były spokojne i ciemne, gdy okręt podwodny "Tang" wystrzelił swoje ostatnie torpedy. Przez chwilę panowała cisza pełna napięcia i wreszcie 7000-tonowy transportowiec japoński "Matsumoto Maru" wybuchł purpurowym kwiatem ognia. Na mostku "Tanga" krążącego na małej szybkości po powierzchni komandor Richard H. 0'Kane zwrócił się do bosmanmata Billa Leibolda i powiedział spokojnie: — Myślę, że wystarczy! — Tak jest — odpowiedział Leibold z uśmiechem. Lecz nagle uśmiech zniknął z jego twarzy. — Kapitanie — krzyknął — torpeda! Na ciemnej wodzie widoczny był fosforyzujący ślad torpedy zmierzającej prosto w kierunku "Tanga".> — Ster prawo na burtę! Cała naprzód! — rzucił do mikrofonu dowódca. W tej samej niemal chwili poczuł w drżeniu stalowego pokładu odpowiedź na swoje rozkazy. — Skąd u licha ta torpeda? — Nic nie wiem, panie kapitanie! — głos Leibolda zdradzał zdumienie i wzburzenie. Chociaż według zgodnej opinii posiadał najbystrzejsze oczy na okręcie, nie widział żadnego wrogiego eskortowca w odległości strzału. Japońskie niszczyciele znajdowały się na tym akwenie i jak pokazywał radar — zbliżały się do nich szybko, lecz były jeszcze zbyt daleko, by móc wystrzelić torpedę. Wydawało się również nieprawdopodobne, aby jakiś nie zauważony przez nich japoński okręt podwodny czy ścigacz torpedowy mógł podstępnie wytropić taki okręt jak "Tang". Był to najsłynniejszy okręt podwodny we flocie Stanów Zjednoczonych i w okresie krótkich dziewięciu miesięcy swego życia posłał na dno więcej nieprzyjacielskiego tonażu niż jakikolwiek inny okręt amerykański. Wprawdzie dostrzegli torpedę dostatecznie wcześnie by mieć jeszcze wystarczająco dużo czasu dla akcji "unikowej", lecz działo się coś niezrozumiałego i strasznego. Gdy "Tang" skręcił w prawo, ażeby zejść z drogi torpedzie, stwierdzono, że nie szła ona zwykłym prostym kursem, lecz jakimś nieobliczalnym łukiem, który całkowicie zniweczył unikowe manewry. Raptem wszyscy na pomoście zobaczyli, że trafienie jest nieuniknione, nie było już czasu na ucieczkę. Na dole, w dziobowym przedziale torpedowym, nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa marynarze śpiewali radośnie: "Kurs zero, dziewięć zero...". Był to zwrot używany powszechnie wtedy, gdy okręt kończył swój patrol i miał wracać do bazy w Pearl Harbour. Marynarze nie mieli wątpliwości co do powrotu, bowiem porucznik Jim Flanagan spełnił przed chwilą radosny rytuał naciskając guzik, który posłał dwudziestą czwartą i ostatnią torpedę "Tanga" w drogę. — Sądzę, że mogliśmy tę ostatnią torpedę zachować jako pamiątkę — powiedział Flanagan, kiedy usłyszał meldunek z kiosku, że torpeda nr 23 skutecznie spełniła swoją rolę i że japoński "Maru" idzie na dno. Niezły łup! W tym patrolu “Tang" sprzedał swoje 24 torpedy za siedem japońskich statków. Podczas gdy marynarze w dziobowym przedziale torpedowym oczekiwali na przyjemny dźwięk uderzenia w cel, drugiej torpedy, raptem nastąpiła potężna eksplozja na rufie "Tanga". Płyty poszycia wygięły się, ogłuszający ryk napełnił przedział. Wydawało się, że okręt podwodny rozerwał się na pół. — Boże, wpadliśmy na minę! — wykrzyknął ktoś. — Okręt tonie! Flanagan poczuł, że dziób podnosi się gwałtownie pod stopami, podczas gdy rufa zaczyna opadać z szybkością ekspresowej windy. W ciągu dwudziestu sekund "Tang", wstrząsany gwałtownie uderzył o dno i rufa jego spoczęła na głębokości 60 metrów, podczas gdy dziób, który nie utracił jeszcze pływalności, wzniesiony był do góry. Z pomostu "Tanga" w momencie uderzenia komandor 0'Kane, Leibold i siedmiu innych marynarzy, zostało wyrzuconych w morze, zanim zdołali chwycić swoje kamizelki ratunkowe. Kilku zbyt ciężko rannych by móc walczyć, utonęło prawie natychmiast. W ciągu paru minut pozostało na powierzchni obok 0'Kane i Leibolda tylko dwóch ludzi. Byli to: porucznik Larry Savadkin — mechanik i Floyd Caverly — radarzysta, który zjawił się na pomoście zaledwie parę minut przed storpedowaniem aby złożyć meldunek, że urządzenia radarowe nie działają należycie. Wewnątrz zatopionego "Tanga", 60 metrów pod powierzchnią toczyła się desperacka walka o życie. Torpeda trafiła w rufowy przedział torpedowy, zatapiając od razu trzy przedziały i znajdujących się w nich ludzi. Wobec tego, że centrala i wszystkie przedziały dziobowe były jeszcze suche, 30 pozostałych przy życiu ludzi wiedziało, że pozostała im tylko jedna szansa: wydostać się na powierzchnię przy użyciu "sztucznych płuc" i zaryzykować wyłowienie z morza przez jeden z japońskich eskortowców. Motorzysta Clayton Oliver znajdujący się w chwili wybuchu w centrali zdołał osadzić na pół pływający dziób “Tanga" na równej stępce — jedyny sposób, aby można było użyć komory ratunkowej. Po zniszczeniu przez Olivera i innych pozostałych przy życiu marynarzy tajnych dokumentów okrętowych, zgromadzono się w dziobowym przedziale torpedowym. — Niech każdy weźmie kamizelkę ratunkową i aparat tlenowy ! — rozkazał Flanagan. W chwili gdy dzielił ludzi na grupy, w ten sposób aby w każdej z nich zdrowi mogli pomagać rannym, nowa druzgocąca eksplozja wstrząsnęła "Tangiem" skądś z góry. — Bomby głębinowe! — krzyknął podporucznik Pearce. — Dobry .Boże, teraz koniec z nami. Przez godzinę wybuchy następowały bez przerwy, bezlitośnie jeden po drugim. Kilku ludzi rannych przy storpedowaniu straciło przytomność, inni potłuczeni byli od powtarzających się uderzeń o pokład i ściany. Ale to nie było ich jedyne cierpienie. Po kolejnym wybuchu bomby głębinowej, która — zdawało się — rozerwała się gdzieś koło rufy, dym i gryzące płomienie przedarły się z dziobowego przedziału akumulatorów. — Zamknąć drzwi! — rozkazał Flanagan. Znaczyło to, że teraz pozostał im tylko ten mały przedział torpedowy: trzydziestu ludziom, wśród których wielu było umierających. Minęła następna godzina. Wybuchy bomb głębinowych zdawały się powoli oddalać. — Pierwsza grupa do góry! — wykrztusił ochryple Flanagan, wchodząc do przedziału ratunkowego i zwalniając linkę, która natychmiast została uniesiona ku powierzchni przez dużą boję ratowniczą. Wyekspediowanie grupy złożonej z trzech ludzi zabrało mu 10 minut czasu; 15 następnych minut musiał poświęcić na osuszenie komory. W stanie całkowitego wyczerpania opuścił się z powrotem do przedziału torpedowego. Podporucznik Pearce przejął teraz obowiązki kierowania akcją ratowniczą i wysłał po linie trzech następnych ludzi. Ciśnienie na tej głębokości było duże. Marynarze z połamanymi kończynami mieli szczególne trudności z wejściem na drabinkę. Inni, na wpół przytomni od dymu, manipulowali rozpaczliwie aparatami ratowniczymi usiłując wciągnąć w płuca trochę tlenu. Ogółem, jedynie trzynastu ludzi zdołało przejść przez komorę ratunkową. Porucznik Flanagan wyszedł jako ostatni. Siedemnastu pozostawionych w przedziale torpedowym marynarzy leżało martwych albo nieprzytomnych w oleistej wodzie, która przedzierała się przez nieszczelne płyty poszycia. Jedynym światłem był zamierający blask latarki... Kiedy Flanagan osiągnął powierzchnię, zobaczył czterech rozbitków uczepionych ratowniczej boji: motorzystę Olivera, felczera Dalsilve oraz marynarzy — Marowańskiego i Trukke. — Gdzie pozostali? — zapytał. — Poszli! — zamruczał Oliver. — Usiłowali płynąć do brzegu. Zaczynało świtać i z odległości jednej mili widać było dziób na wpół zatopionego "Matsumoto Maru" wychylający się z wody. W pobliżu wraka nie było żadnych śladów życia. Zdecydowali się płynąć do niego mając nadzieję, że znajdą tam jakąś tratwę ratunkową, na której mogliby dopłynąć do wybrzeża chińskiego odległego o 8 mil. Ten plan ucieczki został jednak wkrótce pokrzyżowany przez pojawienie się japońskiego okrętu patrolowego, z którego dojrzano ich i wciągnięto na pokład. Na japończyku byli już 0'Kane, Leibold, Savadkin i Caverly. W ciągu następnych kilku dni umieszczono ich w obozie jenieckim na Taiwanie, a następnie w Omari. Japończycy usiłowali dowiedzieć się, który to z okrętów Jego Cesarskiej Mości zadał śmiertelny cios najsłynniejszemu okrętowi podwodnemu Stanów Zjednoczonych, ale pozostało to do końca tajemnicą. Tylko 0'Kane wiedział, że "Tang", prócz 23 jednostek japońskich zatopił również dwudziesty czwarty okręt — samego siebie. Tej fatalnej nocy z 24 na 25 października 1944 roku, w ostatnich sekundach przed eksplozją 0'Kane uświadomił sobie z przerażeniem, że okręt stał się ofiarą własnej torpedy. Albowiem nie była ona pochodzenia japońskiego. Przez jakiś wybryk żyroskopowego urządzenia sterowego własna torpeda "Tanga" poszła torem w kształcie podkowy. Jeszcze większą złośliwością losu było to, że ta ostatnia torpeda nie potrzebowała być w ogóle wystrzelona. Bowiem cel. do którego ją wysłano, zaczynał już tonąć. Opr. M. B. |
| << poprzedni | Artykuły z Morza | nastepny >> |
|
|
||
![]()