O AUTORCE KRÓLICZEJ STRONY
Cóż właściwie można pisać o samym sobie?
...nie jest to proste, podobnie jak mówienie o sobie, choć są osoby, które w mistrzowski sposób, bez
zahamowań, potrafią prawić całe "powieści" ze sobą w roli głównej ;-) Ja do nich raczej nie należę i właściwie po
raz pierwszy zamieszczam na łamach upublicznionej witryny internetowej dział, przedstawiający bliżej moją
osobę. Pomyślałam sobie bowiem, wczuwając się w rolę internauty zainteresowanego i odwiedzającego daną
stronę, że sympatycznie jest wiedzieć, przynajmniej kilka rzeczy przybliżających postać autora strony, nie
tylko z poziomu zainteresowań, które odzwierciedlone są w jej treści. Dlatego też postanowiłam się Wam
troszkę przedstawić:
Dzieciństwo
Pod znanym wielu "królikarzom" korzystającym z internetu nickiem "ziabak" kryję się ja -
Monika Adaszewska. Choć wiele kobiet uważa, iż ich wiek jest tajemnicą i tym zostać powinien ;-), ja
"odstaję" w tej kwestii od (być może) większości i piszę: urodziłam się 12 września 1973 roku w małej
miejscowości podkieleckiej, Skarżysku-Kamiennej.
Tam spędziłam wczesne dzieciństwo, mieszkając w jednorodzinnym
(wielopokoleniowym) domu, wraz z podwórkiem i kawałkiem zarośniętego, na wpół dzikiego, sadu owocowego.
Warunki wprost idealne, dla dzieciaka rządnego kontaktu z naturą w każdym wydaniu - a taka właśnie byłam.
Nie straszne są dla mnie do dziś
żadne owady (w tym pająki również), polne i domowe gryzonie, płazy, gady - ogólnie,
wszystkie stworzenia, na widok których nie jedna osoba płci żeńskiej dostaje co najmniej "gęsiej skórki".
W 1984 roku (chyba dobrze pamiętam), przeprowadziliśmy się z rodziną (ja, o 6 lat
młodsza ode mnie siostra oraz rodzice) do Warszawy. Miałam wtedy 11 lat i byłam zachwycona zmianami... jak to
wiele młodziutkich osób z małych miejscowości. Gdy mają możliwość poznania smaku życia w większym mieście,
są z reguły uradowane. Teraz, wspominając czasy "skarżyskowskie", bez zawahania wolałabym jednak mieszkać w
mniejszym niż Warszawa mieście...
skocz do góry
Edukacja
Moja edukacja na poziomie podstawowym i średnim przebiegała uregulowanie i bez
żadnych senacji. Takie zwyczajne szkolne życie. Po podstawówce uczyłam się w XXXIX LO im. Lotnictwa Polskiego,
tzw. popularnie, warszawskim "dewulocie". Klasa o profilu biologiczno-chemicznym,
dodatkowo z rozszerzonym
językiem niemieckim, z którego niestety niewiele mi w głowie zostało, ze względu na brak kontynuacji nauki po
ukończeniu szkoły średniej. Pewnie i poziom nauczania w ogólniaku nie był górnolotny, a mój zapał
niewystarczający... Jak to zwykle bywa, po skończonym ogólniaku i zdanej maturze, nadeszła pora na decyzje
związane już z poważnym życiem dorosłego człowieka. Postanowiłam zdawać na warszawską ASP. Odpadłam niestety w
przedbiegach, bo nie przeszły moje prace, co tak naprawdę nie było dla mnie dużym zaskoczeniem. Kto próbował
dostać się na Akademię Sztuk Pięknych wie, że w zasadzie przy pierwszym podejściu bardzo niewielu osobom się
to udaje (o ile w ogóle komuś ;-)). Nie zrażona niepowozeniem i poniekąd - troszkę przygotowana na taką
ewentualność - swoje kroki skierowałam w stronę
Policealnego Studium Architektonicznego, mieszczącego się
na Przyrynku Nowego Miasta. Dostałam się, uczyłam pilnie zgłębiając tajniki wiedzy z zakresu projektowania
architektonicznego i po 2,5 roku wytężonej pracy, z tytułem technika architekta, postanowiłam rozpocząć dorosłe życie
zawodowe.
skocz do góry
Praca
Nigdy nie traciłam czasu. Pierwszą pracę rozpoczęłam już w niespełna kilka tygodni po
otrzymaniu dyplomu. W 1995 roku zarejestrowałam działalność gospodarczą, której głównym założeniem było oczywiście
projektowanie architektoniczne. W maju 2005 roku będzie dziesięciolecie istnienia mojej jednoosobowej firemki :-D.
Przez te wszystkie lata współpracowałam głównie z trzema biurami architektonicznymi:
- Pracownią Projektową A1 Włodzimierza Kwiecińskiego (www.a1a.pl)
- Biurem Promocji i Projektów Jolanty Kus
- i obecnie - Biurem Projektantów i Ekspertów BURBEN Stanisława Beniowskiego i Andrzeja Burdy (www.burben.pl)
- oraz - grupą projektową ASArchitekci Adama Skrobisza (www.asarchitekci.com)
Nieprzerwanie zdobywam doświadczenie i praktykę zawodową zgodnie z zasadą, iż człowiek
uczy się całe życie. Bez cienia niepewności mogę napisać,
że bardzo lubię to czym się zajmuję i mam ogromną
satysfakcję z takiego "twórczego" sposobu na spędzenie życia, w którym nie ma miejsca na zjawisko zwane "nudą". Jak
większość pochłoniętych swoim życiem zawodowym ludzi, cierpię niestety na "permanentny brak czasu" i wiele
dałabym za genialny pomysł, jak przedłużyć dobę ;-)
skocz do góry
Zwierzęta
Duży fragment mojego życia związany jest również ze zwierzętami. Od dzieciństwa ogromnie mnie
interesowały wszelkie żyjące stworzenia, jak już wspominałam - począwszy od owadów, poprzez ryby, płazy, gady aż do
ssaków. Zgłębiałam tajniki ich życia dzięki wielogodzinnym nieraz obserwacjom, kiedy tylko miałam taką możliwość. Mieszkanie
wśród zieleni mocno temu sprzyjało. Jako dziecko nie miałam typowych zwierząt domowych. Niesprzyjające warunki metrażowe w
stosunku do liczby członków rodziny mieszkającej razem, nie pozwalały na przygarnięcie pod wspólny dach psa czy kota. Poza
tym, tak naprawdę, członkowie rodziny nie byli nigdy chętni, aby w mieszkaniu pojawiły się zwierzęta - to dość częste zjawisko.
Próbowałam zatem zmyślnymi, "nieinwazyjnymi" ;-) metodami, zorganizować sobie "platformę" do obcowania z różnymi cztero i
wielo-nogami. Miewałam hodowle różnych owadów, ślimaków, nawet "prywatne" mini mrowiska, które doglądałam, o które dbałam i
dzięki którym miałam możliwość obserwowania innego życia. Wbrew pozorom - takie obcowanie z naturą jest mocno uczące
i nie chodzi w tym o to, aby pająkowi wyrwać nogę i popatrzeć co się stanie - tylko o świadomość współistnienia na
jednej ziemi i wszystkiego co z tym związane.
Pierwsze moje "prawdziwe" zwierzęta domowe to były rybki. "Garstka" gupiczków w malutkim
zbiorniczku - taki klasyczny początek przygody z akwarystyką. Z rybkami "za pan brat" jestem do tej pory, ogromnie mnie
taki wodny kawałek świata w mieszkaniu zafascynował i trwa to już ponad 20 lat. Obecnie mam cztery zbiorniki:
- 270 litrów
, typu delta (narożne), które zamieszkuje obsada naturalnie występująca w jeziorach Malawi i Viktoria (poza bastardami), czyli: pyszczaki Melanochromis auratus, Labidochromis caeruleus yellow, Haplochromis obliquidens oraz gromada bastardów L. yellow + L. sp. hongi
- 112 litrów
, zwykłe prostopadłościenne, które zamieszkuje obsada naturalnie występująca w jeziorze Tanganika, czyli: nsakalniki Julidochromis dickfeldi i muszlowce Neolamprologus multifasciatus

- 65 litrów
, niemal sześcian, towarzyskie - roślinne, w którym obecnie są: limki garbatki Limia nigrofasciata, Otocinclusy, molinezje Poecilia sphenops Black Molly i jeden mułojad Acanthopsis choirorhynchus
 
- 12 litrów
, maleństwo - nano akwarium roślinne, w zasadzie jednogatunkowe, zamieszkuje je stadko drobniczek jednodniówek i dodatkowo krewetki mini-amano w ilości dla mnie nie zliczonej ;-)...

Zdjęcia moich ryb można pooglądać na stronie im poświęconej, pt.:
Akwagaleria. Prezentuję tam efekty
kolejnych etapów w nauce fotografowania ryb akwariowych, którą od jesieni 2004 roku się zajmuję.
Potem przygarnęłam żółwia stepowego. Zabrałam go od ciotki, której dziecku najwyraźniej się
znudził. Jak się okazało, żółw nie był w pełni zdrów - trafił do mnie ze złamaną przednią nogą, która poprzez
zlekceważenie i zaniedbanie w momencie powstania urazu, nigdy już się nie zrosła. Żółw, a właściwie żółwica,
jest ze mną od 1990 roku do dziś i mam nadzieję, że będzie jeszcze długo. Mimo kalectwa żyje sobie, jak sądzę,
spokojnie i zbytnio jej ono nie sprawia problemów - głównie ze względu na fakt, iż nie musi - jak w naturze -
kopać nor i chować nogi przed drapieżnikami. W domowym terrarium nie ma zagrożenia.
Przez mniej więcej cały okres szkoły średniej i studium zajmowałam się dwoma pieskami
zaprzyjaźnionej sąsiadki z bloku - Krysi. Pierwszym z nich był Maks - dość potężny mieszaniec o bardzo pięknej linii i
umaszczeniu tygrysa. Była to krzyżówka boksera i doga. Maks został przez Krysię uratowany i przygarnięty.
Dzieciaki znalazły go w piaskownicy w momencie gdy był już na granicy wycieńczenia. Z kilkoma poważnymi ranami
kłutymi na ciele, na wpół wykrwawiony, oczywiście spragniony i głodny zdołał za dziećmi przyczołgać się do bloku i
tam, na klatce schodowej "padł" - już nie miał siły dalej iść. Krysia wezwała pogotowie weterynaryjne, po opatrzeniu ran,
założeniu szwów itp. pies został przeniesiony już do jej mieszkania, gdzie przez pierwszych kilka tygodni
wcale nie podnosząc się z podłogi dochodził do siebie. Ponieważ Krysia sama nie dawała sobie potem rady z wyprowadzaniem i
ułożeniem tak dużego i silnego psa, ja stałam się jego opiekunką i trenerką (miał 8 miesięcy i ponad 30 kg
wagi). Maks, mimo tego wszystkiego, co go z ręki nie-człowieka spotkało, nigdy do ludzi nie stracił ani
sympatii ani zaufania. Był przekochanym psem, bardzo mądrym. Miał tylko jedną wadę - o ile to wadą można
nazwać, ale nie znajduję lepszego okreslenia - bardzo agresywnie zachowywał się w stosunku do innych psów. Z
tego względu był psem wymagającym od opiekuna dużej uwagi, siły i koncentracji na każdym spacerze. Do miejskiego
życia "na kupie" nie bardzo się nadawał. Po 4 latach pobytu o Krysi, Maks przeprowadził się do domu z własnym
ogrodem, na którym tylko on był panem i kontakty z innymi psami były w zasadzie sporadyczne. W chwili obecnej
już nie żyje. Mając 11 lat zachorował na nowotwora złośliwego i musiał zostać uśpiony...
Drugi piesek to Eska - walijski springer spaniel. Suczka, którą Krysia kupiła gdy Maks,
po 4 latach pobytu u niej, przeprowadził się do domu z własnym ogrodem. Z tym pieskiem nieco krócej miałam
okazję obcować, ponieważ niedługo po jego zakupie przeprowadziłam się z kolei ja. Eska brała udział w kilku wystawach
psów rasowych - przygotowywałam ją do pierwszych z nich. Zdobyła kilka złotych medali jako junior, po wejściu
w dorosłość już nie startowała w wystawach, ponieważ ujawniła się jej wada genetyczna polegająca na braku jednego
z zębów trzonowych. Nie wyrósł... ot po prostu - to już jest powód do wyeliminowania takiego psa ze wszelkich
wystaw i pozbawienia go wartości reprodukcyjnej. Eska jest z Krysią nadal, razem przeprowadziły się do domu
jednorodzinnego, więc na pewno im lepiej niż w bloku warszawskim. Podobno nawet przybyło im czworonożnych
współmieszkańców - Krysia przygarnęła jeszcze jakieś bezdomne pieski :-) Musze jeszcze wpsomnieć, że był czas,
kiedy Krysia mocno zaangażowała się w pomoc bezdomnym pieskom i prywatnym przytuliskom. Założyła Stowarzyszenie
Przyjaciół Kundelka, które działało przez jakiś czas, ale nie było łatwo. Niestety ze względu na brak wystarczającej
pomocy z zewnątrz, mimo starań samej Krysi i osób współpracujących, działalność stowarzyszenia została zawieszona.
Kolejne zwierzęta w moim życiu, to szczurki. Były dwa - ale nie jednocześnie. Najpierw
samiczka, która w zasadzie chyba nie miała imienia. Po prostu szczurka. Klasyczne umaszczenie kapturowe - biała,
z ciemnobrązowym, prawie czarnym pasem na grzbiecie i taką samą głową. Jadała obiady wspólnie z nami - z
jednej strony talerza ona - wybierała co jej smakowało, a z drugiej strony człowiek :-) Była ze mna tylko
niecałe dwa lata - zmarła na nowotwora węzłów chłonnych. Drugi szczurek to Teodor. Był taki sam jak szczurka, tyle,
że facet - nieco większy. Niestety sytuacja z chorobą powtórzyła się i w podobnym wieku odszedł również Teodorek.
Szczury laboratoryjne sprzedawane w sklepach zoo, są niestety potomkami zwierząt wykorzystywanych do celów
eksperymentalnych i albo mają genetycznie uwarunkowaną chorobę nowotworową, albo są uodpornione. Ja dwukrotnie
trafiłam na te chore biedactwa :-( Myślę, że jest ich niestety więcej...
Dopiero w tym miejscu mojego życia, a dokładniej w roku 2000, w moim domu zagościł
pierwszy króliczek - Toffik. Potem były kolejne, a o szczegółach z nimi związanych moża dowiedzieć się w
poszczególnych tematach im poświęconych. Tutaj zamieszczam jedynie sygnał. Króliki są ze mną oczywiście do dziś.
Jak ważną rolę odgrywają w moim życiu nietrudno się domyśleć. To im poświęcona jest cała strona, w treści której
dzielę się z czytelnikami wszystkimi moimi spostrzeżeniami, przeżyciami i wiadomościami na temat królika domowego.
Wierzę, że taka forma edukacji jest dobra i dążę do tego, aby Królicza Strona właśnie edukacyjny charakter miała
przede wszystkim.
skocz do góry
Wolontariat
Z królikami również związana jest moja działalność oparta na wolontariacie. Pod koniec
listopada 2003 roku, razem z grupą opiekunów królików domowych, wspólnie z którymi prowadziliśmy i prowadzimy
do chwili obecnej, rozmowy za pośrednictwem internetu (fora dyskusyjne), założyliśmy pierwszą polską organizację
mającą na celu propagowanie informacji o prawidłowej opiece nad królikami, oraz pomoc tym zwierzętom. Było to
"Stowarzyszenie Miłośników Królika OMYK". Niestety nie udało nam się zbyt długo utrzymać tej organizacji i już po
kilku miesiącach stowarzyszenie zostało rozwiązane. Przyczyny... cóż - widocznie nie byli to "ci" ludzie, w
"tym" miejscu i z "takim" zapałem, na jaki wskazywały wstępne rozmowy... Nie ma jednak tego złego co by na
dobre nie wyszło - bowiem już 24 lipca 2004 roku siódemka zakróliczonych, internetowych znajomych (wśród
nich byłam i ja) powołała do życia drugą polską organizację -
Stowarzyszenie Pomocy Królikom, która
znakomicie sobie radzi do tej pory i bardzo szybko się rozwija, a od 13 lipca 2005 roku figuruje w sądowym
rejestrze Stowarzyszeń pod numerem KRS 0000237887.
Te dwa charakterystyczne znaczki, które powinny się już kojarzyć ze stowarzyszeniem wszystkim osobom mającym
okazję zetknać się z naszą działalnością, to logo stowarzyszenia i logo najbardziej rozbudowanej akcji -
adopcji króliczków:
Właśnie adopcje to częściowo "moja działka" w ramach wolontariatu. W stowarzyszeniu
byłam od zawsze - jako członek założyciel zajmowałam się między innymi: redagowaniem niektórych tekstów
publikowanych potem na łamach stron SPK, broszur edukacyjnych i apeli, opracowywaniem grafiki do tych samych
celów (jestem np. autorem powyższego logo stowarzyszenia), a od września 2005 roku całkowicie poświęciłam
się akcjom adopcyjnym. Jeszcze przed założeniem SPK, na łamach Króliczej Strony, prowadziłam
Króliczy Serwis Adopcyjny - tablice ogłoszeń "oddam" i
"przygarnę" króliczka. On funkcjonuje oczywiście do dziś, ale w związku z mocno rozbudowanym już systemem
adopcyjnym stowarzyszenia, stanowi jego integralną część. Od września 2005 roku przejęłam prowadzenie
Strony Adopcyjnej SPK i ogólnie zajmuję się
koordynacją działań adopcyjnych stowarzyszenia na poziomie organizacyjnym.
W odpowiedzi na pytanie, którym rozpoczęłam temat: no proszę, sama jestem zdziwiona, że
tak dużo o sobie udało mi się napisać ;-) Jednak można...
skocz do góry
Ostatnia aktualizacja tej podstrony: 16.01.2007 r.
|